fbpx
Freelance

Tych błędów się po mnie nie spodziewaliście, czyli o wpadkach biznesowych cz.1!

Posiadam „ułańską fantazję”.

Oznacza to, że często moja wyobraźnia ponosi mnie naprawdę daleko.
Z jednej strony jest to duży atut, ponieważ działania marketingowe potrzebują nieszablonowego podejścia oraz zróżnicowania w szukaniu ciekawych rozwiązań promocyjnych. Z drugiej… sukces zawodowy bliższy jest tym, którzy potrafią trzymać emocje na wodzy. Tej umiejętności jeszcze nie opanowałam, ale cały czas się jej pilnie uczę. W porównaniu do poprzednich lat zrobiłam ogromne postępy, dlatego widzę światełko w tunelu. 🙂

Jestem typem osoby, której temperament przypomina raczej energiczną senioritę z południowo amerykańskich oper mydlanych, aniżeli chłodno myślącego rekina biznesu.

Kiedyś pod wpływem chwili potrafiłam zrealizować wiele niecodziennych pomysłów, które na pewno sprawiły iż na starość będę mieć co wspominać… jednak pod kątem zawodowym moje spontaniczne wybryki nie były w 100% trafnymi posunięciami. 

Na swoim koncie posiadam sporo udanych współprac, ale także kilka kompletnych katastrof. Mam nadzieję, że po przeczytaniu tego wpisu ostrzegę Was przed popełnieniem tych samych błędów oraz skłonię do refleksji.

Nic „na gębę”!

Telefon, rozmowa, asap, na wczoraj, świetny temat, super marka, chaotyczny rozmówca, perspektywy, sława, bogactwo, chwała i cześć na wieki.

Tak w skrócie mogę opisać mój początek współpracy z #janusze_wyzyskiwacze_krzaki_żenada. Firma zapowiadała się całkiem interesująco. Zagraniczna agencja, która do różnych projektów podnajmowała freelancerów z Europy. Tym razem potrzebowała eksperta przebywającego w Polsce, który miał wziąć udział w przetargu (w języku angielskim), poprowadzić go oraz rzecz jasna wygrać. Przetarg poprowadziłam, przygotowałam świetną ofertę odpowiadającą na brief i wygrałam. Co było dalej? Na pewno nie tak kolorowo, jak się zapowiadało… Nie przedłużając historii – na własnej skórze przekonałam się, że brak dobrej umowy spisanej przed rozpoczęciem działań – to WIELKI błąd. Agencja mnie wyrolowała, nie wzięła do udziału w projekcie (chociaż to obiecywała), a ja pozostałam z poczuciem niesprawiedliwości. Pamiętajcie! DOKUMENT PRAWNY, w którym określicie wszystkie warunki współpracy, uchroni Was przed wieloma formami oszustwa. Nie bądźcie jak ja kilka lat temu. 🙂

Piekielny ogół

Miało być tak pięknie. Wspólny klient poprowadzony z dobrą koleżanką. Ciekawy projekt, niezłe pieniądze i fajny wpis do portfolio. Początkowo miałyśmy robić WSZYSTKO po „połowie”.
Co mogło pójść nie tak? 

„Połowa nie jest konkretnym podziałem obowiązków. 

„Połowa” nie wskazuje kto ponosi odpowiedzialność za określone działania.

„Połowa” nie uprawnia drugiej osoby, do nieustannego zrzucania zadań ze względu na perturbacje życiowe takie jak: nadgodziny, kac, płaczące dziecko, czy zniecierpliwiony partner. Oczywiście jesteśmy ludźmi i trzeba się wspierać…. ALE nie można pozwolić na przekroczenie granicy przesady, bo potem bardzo trudno jest wrócić do normalności.

„Połowa” to błędne koło, które skazuje współpracę na porażkę.

Jeśli planujecie pracować z innymi osobami, to ZAWSZE dzielcie się zadaniami, za które będziecie rozliczani.

Zbyt szczodra postać tragiczna

Kilka lat temu wygrałam projekt marzeń. Pracę przy tamtym wydarzeniu wspominam prawie w 100% wspaniale, gdyby nie jedno ALE… W tamtym czasie dopiero budowałam moją pozycję w branży i każdemu klientowi chciałam dogodzić oraz pokazać moje umiejętności i zaangażowanie. Dawałam z siebie więcej niż 300%, co skutkowało nieustanną pracą oraz gigantycznym przemęczeniem. Warto jest się starać, być bardzo aktywnym i zostać chwilę dłużej.

CZASEM. 

Nie róbcie z tego normy.

Mój brak umiejętności stawiania granic spowodował, że w kulminacyjnym momencie tego projektu pracowałam za czterech. Niestety przez nieumiejętną komunikację przyzwyczaiłam klienta do tego komfortu i w sytuacji kryzysowej nie widział potrzeby abym zwolniła. Finalnie udało się nam dogadać, jednak to przez jaką „orkę” przeszłam – wiem tylko ja sama. Teraz pozostajemy w dobrych stosunkach i nawet podyskutowaliśmy o tym, co oprócz sukcesu mogliśmy poprawić, aby podwyższyć komfort współpracy.

Autosabotaż!

W pewnym momencie mojej kariery freelancerskiej, projekty zaczęły pojawiać się jak grzyby po deszczu. Nieskromnie dodam, że wówczas nie musiałam samodzielnie szukać klientów. To oni kolokwialnie mówiać “walili” do mnie drzwiami i oknami, zachęceni rekomendacjami znajomych. Mogłoby się wydawać, że jest to sytuacja wymarzona… dla kogo? Dla osoby, która potrafi rozsądnie zarządzać swoim czasem oraz dyspozycyjnością. Ja zachłysnęłam się tym sporym zainteresowaniem moją osobą i w rezultacie harowałam non stop. Na swoje barki wzięłam tak dużo, że nawet w nocy śniłam o tym co powinnam jeszcze zrobić. Moje życie wypełniały dedlajny, asapy i pośpiech.

Kiedy się ocknęłam? Niech to będzie dla Was przestroga: zbliżało się wydarzenie, które współpromowałam. Pracowałam ponad miarę i ponad siłę, aż pewnego dnia nie byłam w stanie spojrzeć na ekran. Tak bardzo bolały mnie oczy, że jakiekolwiek zetknięcie ze sztucznym światłem powodowało ogromny dyskomfort. Co zrobiłam dalej? Nie poszłam do lekarza, a… założyłam okulary przeciwsłoneczne i tak dokończyłam pracę. Dorobiłam się ostrego zapalenia rogówki i dopiero ta sytuacja dała mi wiele do myślenia. NIGDY nie przedkładajcie obowiązków zawodowych ponad swoje zdrowie psychiczne i fizyczne. Nie warto.
Najważniejsi jesteście WY – zadbani, dopieszczeni, usatysfakcjonowani w wielu aspektach życia – a potem jest praca. Koniec i kropka.

Podsumowanie tego wpisu będzie krótkie: NIE POPEŁNIJCIE TYCH SAMYCH BŁĘDÓW CO JA. Oszczędzicie pieniądze, nerwy, urodę i zdrowie.

C.D.N.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *