Lifestyle,  Podróże

CO SIĘ DZIAŁO, JAK TU SIĘ NIC NIE DZIAŁO?

Do napisania tego tekstu przymierzałam się wiele razy.

Raz zasnęłam po stworzeniu (w ciężkich bólach) zaledwie kilku zdań, które finalnie do niczego mi się nie przydały.

Innym razem tak długo unikałam otwarcie komputera, że zrobiła się ciemna noc.

Jeszcze innym razem uznałam, że na brak weny pomoże mi kieliszek czerwonego wina.

Kieliszek zamienił się w całą butelkę, może dwie (mniam mniam), a ja zamiast pilnie tworzyć wpis na bloga… oglądałam wesołe szczeniaczki, kotki, jeżyki, wombaty, foki, kaczki, dzieci, mrówki (?!!?!), leniwce, koale, influencerki, przepisy na dania, których nigdy nie będzie chciało mi się przygotować oraz treści tak dziwne, że nawet nie będę o nich wspominać (W.S.T.Y.D.) 

Sądzę, że wtedy właśnie dotarłam do końca Internetu.

Pewnego dnia wymyśliłam też, że wena wróci, jak uporządkuję moje nowe mieszkanie.

Nie wróciła. 

Przynajmniej rozpakowałam wszystkie pudła, a dom nie przypomina już zabałaganionego magazynu sklepowego.

Po wielu tygodniach blokady twórczej i wymówek podjęłam decyzję, że choćby nie wiem co napiszę ten (tu wrzućcie dowolną wiązankę przekleństw) tekst.

Efekty mojego uporu możecie ocenić poniżej.

Enjoy and have fun, jak to mówią zagranico.

P.S. Naprawdę nie spodziewałam się, że powrót po siedmiu miesiącach posuchy twórczej będzie tak trudny.

STYCZEŃ

Oficjalnie Och!Moment istnieje już 5 miesięcy. Wcześniej działałam z ukrycia, na zasadzie rekomendacji. Sytuacja mniej więcej wyglądała tak, jak w legendarnych, sekretnych klubach, do których można się dostać tylko z polecenia, a wejść do środka po wypowiedzeniu tajemnego hasła. 

To klienci szukali mnie, a nie ja ich. 

Dlaczego zatem podjęłam decyzję o stworzeniu własnego miejsca w sieci? Bo chciałam zbudować solidny biznes, oparty na przewidywalności oraz mądrym planie. Miałam konkretny pomysł na to, jak chcę aby wyglądało moje życie.

Moje wcześniejsze obawy, że nagle (nie wiem z jakiego powodu) zabraknie klientów lub nikt nie będzie chciał czytać mojego bloga – okazały się totalną bzdurą. Ilość współprac rozrosła się w tempie natychmiastowym, a ja zatrudniłam ludzi i mogłam zająć innymi sprawami. Na blogu pisałam rzadko, ale jak już coś publikowałam to statystyki szalały, a ilość pochlebnych komentarzy sprawiała, że przestałam słuchać krytycznych głosów w głowie.

W styczniu zaczęłam czuć ogromne zmęczenie.

Muszę się Wam przyznać, że od ponad trzech lat nie odpoczywałam. Pracowałam, pracowałam, pracowałam i zaniedbałam siebie na maksa. Co prawda kilka miesięcy wcześniej totalnie przewartościowałam moje życie zawodowe i przyjęłam dewizę, że praca ma mi nie przeszkadzać w życiu. To było bardzo mądre posunięcie, jednak nawet znaczne zmniejszenie ilości obowiązków miały się nijak do prawdziwych wakacji.

Wtedy też postanowiłam, że koniec tego!

Kupiłam bilety do Indonezji, w której miałam spędzić 3 miesiące. Potem wrócić do Europy, pobuszować po Portugalii, Hiszpanii (w tym zaszaleć na Ibizie), odwiedzić  Afrykę, a konkretnie Namibię i Zanzibar oraz nareszcie skorzystać z tego, na co tak ciężko zapracowałam.

LUTY

Ogromne zmęczenie nieznośnie mi dokuczało, a każda czynność pracowa sprawiała dużą trudność.

Postanowiłam zmniejszyć ilość Klientów i postawić na regenerację siebie. Wszystkich „oddałam” w dobre ręce i zakończyłam współprace w jak najlepszych relacjach.

Ponad 3 letnie zajechanie to nie przelewki. Wymaga dużej troski i opieki.

Oczyma wyobraźni widziałam siebie surfującą po miękkich falach, relaksującą się kiedy tylko chcę, podróżującą, poznawającą nowych ludzi i żyjącą dokładnie tak jak lubię.

Aby domknąć wszystkie sprawy „docisnęłam” się na maksa. Chciałam doprowadzić do tego, że jak wyląduję na Bali, to moim jedynym zmartwieniem będzie to, jaki kostium założę oraz czy będę chciała się wygrzewać przy basenie, czy na plaży.

Moje plany „pokrzyżował” los i przez sprawy prywatne musiałam przebookować lot na 16.03.

Nie bez powodu słowo POKRZYŻOWAŁ oznaczyłam cudzysłowiem.

MARZEC

Zmęczenie siało coraz większe spustoszenie. Miałam problemy ze snem, z cerą, bolał mnie kark i ciągłe czułam, że brakuje mi sił.

W związku z tym, że opóźniłam wylot, to nierozsądnie przyjęłam jeszcze dwie bardzo fajne firmy na warsztaty i zrobiłam kilka strategii.

Nie wiem dlaczego to sobie zrobiłam, bo wcale nie musiałam ratować budżetu domowo-firmowego. To było chyba przyzwyczajenie do ciągłego działania.

Kilka dni przed odlotem chciałam wpaść do mojego ukochanego dziadka, aby się z nim pożegnać.

Wewnątrz siebie miałam takie przeczucie, że to mogą być nasze ostatnie chwile. Myśli te bagatelizowałam i zwalałam na czarnowidztwo spowodowane chronicznym niedospaniem.

Chociaż było mi nie po drodze i ciągle wyskakiwały nowe sprawy do załatwienia, wpadłam do dziadka 11.03. i spędziłam super popołudnie. Poczułam ulgę, że to zrobiłam. 

Tego dnia spotkałam się też z kilkoma znajomymi i zaklinałam rzeczywistość, że Covid na pewno nie pokrzyżuje mi planów, bo to jakiś tam malusi wirusek i kto by się przejmował.

Następnego dnia śledząc kolejne doniesienia ze świata, postanowiłam zamienić mój bilet na roczny voucher w Qatarskich liniach lotniczych i nie pchać się do Azji.

Dobrze zrobiłam.

16.03. Polska zamknęła granice i niebawem wprowadziła obowiązkową izolację.

Tutaj też mogę nawiązać do tego, dlaczego los „pokrzyżował” moje plany z wylotem w lutym. Gdybym wyleciała kilka tygodni wcześniej, powrót wiązałby się z wieloma trudnościami oraz ogromnym stresem.

Na Bali miałam spotkać się m.in. z koleżanką hasającą po Borneo, kochaną znajomą z Rejkiaviku, czy szalonym kumplem imprezującym w Tajlandii. Wszyscy mieli ogromne problemy aby wrócić do domu lub trafić do bezpiecznego miejsca na kwarantannę. 

Kiedy rozpoczęła się domowa izolacja, zgłosiło się do mnie bardzo dużo spanikowanych ludzi z prośbą o konsultacje oraz pomoc w stawianiu ich biznesów online “na nogi”. Osiągnęliśmy kilka sukcesów, a ja zauważyłam, że tego typu „mentoring” bardzo mi odpowiada. Tematy stricte social mediowe zaczęły mnie zwyczajnie nudzić.

Chyba nigdy nie byłam tak zajęta zawodowo, jak wtedy. Ogólna sytuacja na świecie oraz brak możliwości swobodnego ruchu sprawiły, że uciekłam w pracę. 

KWIECIEŃ

Moja dobra koleżanka, a potem jeszcze inna przyjaciółka powiedziały, że MUSZĘ obejrzeć pewne wideo. Ja na początku podeszłam do ich propozycji sceptycznie, bo nasz rynek przepełniony jest specjalistami, którzy rzucają drażniącymi truizmami i nie wnoszą do mojego życia nic ciekawego.

Tym razem było inaczej i dzięki dziewczynom poznałam WSPANIAŁĄ Monikę Filarowską.

Naprawdę jestem bardzo wybredna co do innych specjalistów, bo swoje umiejętności oceniam bardzo wysoko, 

Obejrzałam wideo Moniki, o tym, jak stworzyć własny kurs online. Naprawdę dawno nie widziałam takiego merytorycznego sztosa! Nie ma tam żadnego lania wody, a same konkrety, mądre rady i mam wrażenie, że mamy z Moniką bardzo wiele wspólnego, jeśli chodzi o podejście do biznesu.

Wideo to ruszyło całą machinę myśli i zrozumiałam, że mam tak dużą wiedzę do przekazania, opartą na moim prawie 10 letni doświadczeniu, że muszę to zrobić (kurs online rzecz jasna 🙂 ).

24.04. dostałam smutną wiadomość, że zmarł mój ukochany dziadek.

Byłam z nim bardzo zżyta i chociaż wiedziałam, że kiedyś to się stanie – dzień jego śmierci sprawił, że odechciało mi się wszystkiego.

Żałoba pozbawiła mnie jakichkolwiek sił na pracę, większością spraw zajęli się moi WSPANIALI ludzie, a ja musiałam zmagać się z ogromnym smutkiem oraz nieznanymi mi dotychczas emocjami. 

Było okropnie. Nawet najbliższa rodzina nie podejrzewała, jak bardzo byłam smutna. Wbrew pozorom jestem introwertyczna i wiele spraw zachowuję dla siebie.

Moi najbliżsi bardzo mnie wspierali, co nie było dla mnie szokiem. Mam super rodzinę, przyjaciół i znajomych – których (oprócz rodziny) dobieram sobie bardzo świadomie. 🙂

Jestem im bardzo wdzięczna za to, jacy są dla mnie wspaniali. <3

Na jakiś czas totalnie zaszyłam się w mojej czarno-szarej samotni i nie miałam ochoty absolutnie na nic.

MAJ

Maja zbyt dobrze nie pamiętam.

Było szaro, buro i smutno.

Nie wzruszała mnie polepszająca się pogoda, a jedyne co mogło naprawdę mi ulżyć było w tamtym momencie nieosiągalne.

Podróże – które zawsze były dla mnie najlepszym lekarstwem na wszystko.

W maju postanowiłam, że od czerwca robię sobie absolutną przerwę od jakiejkolwiek pracy.

Żałoba oprócz smutku, spowodowała jeszcze większe zmęczenie. Czułam, że jak teraz o siebie nie zadbam, to naprawdę zamienię się w trolla bagiennego.

To właśnie wtedy doceniłam, jak wspaniale pokierowałam swoim życiem zawodowym.

Mogłam pozwolić sobie na kilkumiesięczne wakacje oraz naprawę siebie.

Zostawiłam sobie kilku strategicznych klientów, których projekty realizował mój zespół podwykonawców. Współpracuję ze świetnymi specjalistami, którym mogę ufać, w związku z tym moimi jedynymi zadaniami było doglądanie bardzo rzadko co słychać w kampaniach sprzedażowych oraz podsyłanie klientom faktur.

CZERWIEC – LIPIEC – SIERPIEŃ

Od połowy czerwca coś się we mnie zmieniło.

Zaczęłam dochodzić do siebie i nabrałam ochoty na zupełnie inne spędzanie czasu niż dotychczas.

Wyszłam do ludzi, zaczęłam korzystać z pogody, randkować i nawet dużo się uśmiechać.

Tutaj nie będę wdawać się w szczegóły rozrabiania. Mój blog nie jest odpowiednim miejscem na tego typu rewelacje. 🙂

Mogę tylko zdradzić, że doskonale się bawiłam i zaczęłam godzić się z zaistniałą sytuacją.

W przerwach od regeneracji oraz dogadzania sobie – cały czas wracałam do notatek z wideo Moniki i porządkowałam mój pomysł na kurs. 

Wiedziałam, że jak odpocznę i wrócę do pracy… to wypełnię lukę w branży i stworzę coś, co jeszcze nie powstało, a na co jest ogromne zapotrzebowanie.

W sierpniu wyleciałam do Grecji, z moją przyjaciółką z czasów liceum.

Znamy się tak dobrze, że doskonale wiemy, jak ze sobą spędzać czas. 

Ja podczas tych wakacji non stop drzemałam, jadłam, piłam wino, rozmawiałam z ludźmi, opalałam się i egzystowałam, jak najszczęśliwszy leniwiec na świecie.

Myślałam, że po greckim eldorado będę w stanie powrócić do pracy, ale tak się nie stało.

Moja głowa nie była jeszcze na to gotowa.

Jak podsumowałabym czerwiec, lipiec, sierpień?

Erasmus. 🙂

WRZESIEŃ – PAŹDZIERNIK

We wrześniu stałam się gotowa do pracy.

Nie było tak jak sobie to wyobrażałam, że będę wymyślać kreatywne rozwiązanie, za rozwiązaniem.

Spotkałam się z wyjątkowym oporem mojego mózgu i do powrotu musiałam się nieco pozmuszać.

W październiku zaczęłam pracować z moją przyjaciółką, która w określone dni tygodnia wpada do mnie i razem działamy w swoich tematach. Taki coworking jest dla mnie nieoceniony. 🙂

Odpaliłam Asanę, wypisałam konkretne zadania i zaczęłam wdrażać je w życie. Niebawem zabiorę się też za aktualizację strony www, ale wszystko w swoim czasie.

Naprawdę jestem ogromnie wdzięczna za to, jaki mam komfort pracy w tym momencie.

Przez ostatnie miesiące nie tylko dochodziłam do siebie, ale także zrozumiałam, w jaki sposób chcę pokierować moim biznesem.

Już niebawem dowiecie się co wymyśliłam.

Będziecie bardzo zadowoleni. 

Serio, bardzo żałuję, że w przeszłości, jak zaczynałam freelancerstwo – nie trafiłam na siebie z przyszłości. Dlaczego? Na pewno doradziłabym sobie, aby nie popełnić różnych głupot i kosztownych błędów.

Na koniec tego przydługiego wpisu chciałam bardzo podziękować mojej rodzinie, przyjaciołom i znajomym. Kochom ogromnie! 🙂 

A wy koniecznie zapoznajcie się z Moniką i rozwiążcie jej test: https://www.monikafilarowska.com/poznaj-osobowosc-swojej-marki-quiz/

Do zobaczenia niebawem! 🙂

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *